Archive for listopad, 2009

Odcinamy pępowinę

11.07.09

Miał być blog grześkowy a zaczyna być zawłaszczany przez matkę. Tak być nie może! No więc matka rozdziela życie-matki od życia-Agi. Wiem, że to niemożliwe, ale każdą, nawet najtrudniejszą próbę przejść trzeba. Tak dla weryfikacji. Każdy ma swoje Mont Everest. No to o mojej wspinaczce na mój blog zapraszam: http://dziurkaodklucza.blogspot.com/
Tutaj nic się nie zmieni. Bohaterem będzie mój syn, który właśnie oswoił szczoteczkę elektryczną do mycia zębów. Jak widać każdy demon poddaje się udomowieniu. Trzeba tylko cierpliwości. (ten demon to szczoteczka - tak dla jasności :)

Co się dzieje?

11.01.09

- spytała Weronika.
- Nic - odpowiedział Edward, podnosząc się. - Albo raczej zdarzył się cud - jeszcze jeden dzień życia.
/ Paulo Coelho “Weronika postanawia umrzeć”?

Obejrzałam wczoraj film. Siedzenie w ciemności kina ma tę zaletę, że można przeżywać to, co na ekranie bez wścibskich spojrzeń współoglądających. Pierwsze minuty moje oczy potraktowały jako porę na sen. Godzina 16.30 a ja przysypiam! Udało mi się usiąść w pionie i przekonać organizm, że bilet zapłacony a ja zamierzam wyssać wszystko to, co reżyser miał na myśli. Lubię literaturę Coelho. Można odkrywać ją na wiele sposobów. Za każdym razem wyszukać coś nowego. Gdybym powiedziała, że film mnie urzekł - skłamałabym. Niewiele jest filmów, które potrafią oddać emocje towarzyszące mi przy czytaniu słów. Muzyka i obraz, łapanie kamery bardzo mi się podobały. Aktorka w roli Weroniki fajnie obsadzona. Warto obejrzeć, aby móc o nim poopowiadać, ale nie zagości na mojej liście wszechczasów :) Mimo wszystko udało mu się rozbudzić mnie do myślenia i filozofowania pod tytułem “co by było gdyby…: Gramy w tę grę od zawsze. Niektórzy są w tym gdybaniu mistrzami. Spróbujmy żyć tak, jakby ten dzień miał być ostatnim, aby niczego nie żałować. Czy można? Czy siedziałabym ćwicząc z moim synem ułożenie języka do głoski “l”? A może zadawałabym mu setkę pytań dotyczących obrazka. Na pewno nie. Zrobiłabym to, co kocham rano, gdy jeszcze jest ciepły nocą. Wtuliłabym się w niego i chciała zostać tak na zawsze. Moje dzieci zawsze dawały mi przeogromny spokój, gdy przytulaliśmy się do siebie. Pewnie to ja bardziej go potrzebowałam. Łatwo jest zachować spokój myśląc o jednym dniu. Trudnej, gdy myślimy o miesiącach i latach. Nie ja jedna tego doświadczam. Czytam blogi moich znajomych a tam pełno lęku o przyszłość naszych dzieci, troski o nie, wściekłości na zachowanie innych ludzi w stosunku do naszych dzieci i naszych metod wychowawczych. Jesteśmy postrzegani jako rodzice , którzy nie wychowują dzieci a jedynie je karmią i ubierają. Zachowania dzieci autystycznych są komentowane i oceniane przez osoby, które nie mają zielonego pojęcia z czym przychodzi nam się zmagać na co dzień. Wielu z nas przestało się tłumaczyć, bo wyjaśniać można komuś, kto chce wiedzieć. Reszta i tak wie lepiej. Czytam te opowieści i sama zauważam, że i my izolujemy się z Grzesiem . Dzieje się to zupełnie podświadomie. Gdy wychodzimy do sklepu, do znajomych, na spacer. Zawsze zastanawiamy się gdzie iść, jaką trasę wybrać, co spakować. Niby tak samo, jak w przypadku Ewy , gdy była mała, a jednak inaczej. Na placu zabaw z wieloma dziećmi popadam w wewnętrzny lęk. Nie o własne dziecko, ale o jego odbiór wśród innych. Co zrobię, jeśli podbiegnie do innego dziecka i będzie chciał jechać na jego rowerze, a ja nie będę umiała go przekonać, że nie wolno? Miliony pytań … Gdy jest dobry dzień, a Grzesiu śmieje się, bawi, chce ćwiczyć z ochotą zapominam o tych troskach. Wieczorami nachodzą mnie lęki, jak da sobie rade gdy będzie starszy, gdy za kilka lat będzie w szkole? W jakiej szkole? Czy trafi na przyjaznych ludzi, dobrych specjalistów? Tak dawno nie byliśmy z Krzyśkiem nigdzie sami. Nie myślę tu o wspólnym wyjeździe na zakupy do hipermarketu, ani o wyjściu na 2-3 godziny do znajomych. Myślę o wspólnym wyjeździe. Chociażby dwudniowym. Bez dzieci. Minęła nasza 15 rocznica ślubu. W sierpniu. A my nie uczciliśmy jej w żaden szczególny sposób. Tyle miałam planów a potem zabrakło czasu. Tyle spraw toczy się wokół Grzesia. Chcę to wszystko pogodzić a czasami nie wiem jak. Znaleźliśmy sposób na odpoczynek. Każde z nas ma swoje dni, kiedy może robić to co lubi. Krzysiek - pływanie i siatkówka. Ja - flamenco i kino. Często korzystam z mozliwości spotkań z przyjaciółkami. W domu wieczorami filcuję, bawię się igłą. To mnie oddziela od problemów codziennych. Grzesiu ma teraz więcej czasu na bycie w domu, ponieważ nie mamy zajęć logopedycznych z naszą terapuetką w Żywcu. Potrwa to jakiś czas. Bardzo mi tego brakuje, bo to taki motor do działania, kiedy usłyszysz co trzeba podciągnąć, a co jest wypracowane. Bez tych informacji ciągle czuję się zawieszona w próżni. Nie chwiliłam się , a powinnam, że jakiś czas temu młody sam z siebie zauważył : “Idzie kot”, kiedy Tośka wybierałą się na spacer przez balkon. To chyba pierwszy raz kiedy powiedział coś, co nie było związane z jego potrzebami. Wiele razy użył zaimka : “ja” w wymianie słownej ze mną. Dzisiaj ogladał książki kucharskie babci. Zapytany, co będzie gotował odpowiedział :”Płatki”. Kto będzie je jadł: “ja”. Kochani, ja bym tego ryzyka nie podjęła, żeby jeść to, co Grzesiek ugotuje! cha cha cha Chociaż płatki potrafi sam zrobić i kanapkę wg moich instrukcji. Chciałabym żeby zdarzył się cud. Kto wie, może jutro?  Jutro też jest dzień! Życzę Wam zwykłoniezwykłych cudów każdego dnia.

Niedzielny spacer z tatą

Niedzielny spacer z tatą