2:12
01.04.10
Ciężki wieczór za mną. Oczywiście przerwa od pracy zupełnie nie oznacza, że nic się nie robi. To zmyłka, jedna wielka ściema. Udało się nam pomalować 2 pokoje, uporządkować papierzyska, poprzeglądać zakamarki. Jak ja tego potrzebowałam! Świat wydaje się taki prosty. Potem z tych emocji nie mogłam zasnąć. Kiedy reszta domu chrapała przewracałam się z boku na bok. Książki do reki nie wezmę, bo oczy nie chcą się otwierać, ale umysł nie mógł się zresetować. Jasny gwint! Na zegarku już dobrze po północy, gdy z pokoju Grześka słychać tuptanie. Niestety potrzeba wstania była silniejsza. Nie zdążył na czas. Przebieranie. Miałam tylko cicha nadzieję, że uśnie od razu. Nadzieję, dobrze mieć. Podobno ta umiera ostatnia :))) Przykryłam kołderką, zostawiłam z buziakiem i wycofałam się do swojego łóżeczka. Bądź co bądź własne. Przez 2 godziny dochodziły mnie słowa typu : “do łóżka, połóż się do łóżka” i melodyjne śpiewy. Potem przerwa około kwadransa i kiedy zadowolona zapadałam się w sen - znowu to samo. Dziwne było, że nie przybiegał do nas kilkanaście razy, bo to norma. Po prostu leżał i opowiadał sobie. Godzina 2:12. “Tata, tata”. Po chwili przerwy “mama, mama”. Nawoływanie. Pierwszy chyba raz nie mówił wyuczonych formułek tylko nas wołał! Ciepło zrobiło mi się na sercu. Gdy cicho zapłakał nie zastanawiałam się nawet sekundy, czy się z nim położyć. Wtuleni przyciskalismy sie do siebie jeszcze mocniej a ja w świetle z ulicy zobaczyłam go takim małym, jak 6 lat temu. Rysy w ciemności nie są zauważalne a kształt twarzy miał jak mój mały Grześ. Dopiero kiedy zaczął równomiernie oddychać wypełzłam do siebie i zasnęłam kamiennym snem. Uwierzycie, że nie jestem specjalnie zmęczona? Czy to możliwe, że coś trzymało mnie w stanie czuwania, abym mogła usłyszeć “mamo”? Cudnie byłoby nie spać całe życie dla takich tylko chwil.

